Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lajf. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lajf. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 grudnia 2013

Skromne wieści z Ruderii

Mamy zapowiedź finału kablowej afery (tu info jak to się zaczęło i o co chodzi) w postaci pisemnego zapewnienia od dostawcy prądu o spełnieniu naszych roszczeń (chwilę trwała wymiana listów). Zobaczymy czy zapewnienia się ziszczą...Oto one:

pisownia, niestety oryginalna. Z ostatnim zdaniem niezmiennie się nie zgadzamy.
A co poza kablową aferą słychać w Ruderii? liczę, że za pół godziny otrzymam pierwszy raport od Uczestnika, który powinien być teraz na trasie Jelenia Góra-Świeradów-Zdrój (via Pasiecznik, Janice-ale  pięknie odremonotowany domek tam jest, niczym z bajki! Grudza, itd). Jest też smutna wieść - w stodole ruderyjnej na przełomie sierpnia/września wziął i zdechł sobie czyjś kot. To nie pierwszy kot, który wyzionął w Ruderii ducha (tu wpis o pierwszych kocich mumiach). Czy w domu jest zła energia? Hmm, w domu czuję się bardzo dobrze, tylko samotne noce napawają mnie lękiem, ale w nocy wszystko jest inne...
Ach i okazało się, że Uczestnik wygrał nastrojową pocztówkę w konkursie zorganizowanym przez Karkonosze na dawnych pocztówkach.
Oto i pocztówka - dziękujemy!

sobota, 28 września 2013

Candy: losowania nie będzie!

Ano nie będzie, bo Tomek - autor " Irlandii..." podarował tyle egzemplarzy książki, aby wystarczyło dla każdego uczestnika candy :). Wszyscy wygrali :). Zatem dzisiaj mailowo skontaktuję się z uczestnikami, żeby ustalić gdzie wysłać książki. Dziękuję wszystkim za życzenia z okazji 5-latki oraz uczestnictwo w candy.
Co poza candy, działo się we wrześniu w Ruderii? ach, niewiele. Ale w życiu blogowym to i owszem - Megi zorganizowała cudowne spotkanie bloggerek w swoim bajkowym domu. Było pięknie, sympatycznie i smakowicie (dziękuję!) i mam na parapecie coś, co zawsze będzie mi przypominać piękny dom Megi (dziękuję jeszcze raz! niebieski to mój ulubiony kolor). Poznałam Inkwizycję i Padre, M. i P.  z Naszej Polany, Basię - Florysztukę z dziećmi, TP, szczurka Stefana, przemknęły też koty :). Bardzo podoba mi się  pomysł spotkań w realu. 
Może latem uda się spotkać w Ruderii?

piątek, 12 lipca 2013

Jest lato, jest rudering

Korzystam z uprzejmości sąsiadki* i w telegraficznym skrócie zrelacjonuję na żywo rudering**:
w nocy koty i nie-koty łażą po domu.stop.z tego powodu nie śpię do świtu.stop.drugi dzień z rzędu pada.stop.dlaczego?stop.wcześniej pogoda była boska.stop.nie doszłyśmy do Rozdroża Izerskiego.stop.doszłyśmy w zamian do góry Kamienicy.stop.sąsiadka będzie robić ciasto marchewkowe.stop.mniam.stop.na ścianie na tynku powstał wilk.stop.oswajamy się z nim.stop.okazało się, że Jagoda lubi jeść świeży groszek z warzywniaka.stop.kiedy przestanie padać?stop.więcej po powrocie.stop.
słit focia zrobiona przez Jagodę.stop :)



 *uprzejmość polega na udostępnieniu  internetu - dziękuję!
**rudering - bycie w ruderii, przebywanie w niej dłużej niż 2 doby, pobyt wakacyjny w ruderii, noclegi, przygotowywanie posiłków, goszczenie się, palenie w piecu i kąpiele w dziecięcej wanience, itp.




wtorek, 25 czerwca 2013

Odliczam dni

... do końca roku szkolnego, do początku urlopu i przyjazdu do domu. Mam nadzieję, że pogoda będzie lepsza niż ta dzisiaj za oknem. Nie pamiętam kiedy  byłam w Ruderii. Chyba w kwietniu...przy wysiewaniu warzyw. Oglądam zdjęcia zrobione przez Uczestnika i w niektóre rzeczy nie chce mi się wierzyć. Jak na przykład w szalony rozrost na ścianie z tyłu - winobluszcz pochłonął już okienko w części gospodarczej. Ciekawe czy w tym roku będzie dużo burz? czy uda mi się doczłapać do Rozdroża Izerskiego  i wrócić (korci mnie ta trasa)? Czy koty sąsiadów będą nas odwiedzać? Wszystko niedługo chyba się okaże.


piątek, 31 maja 2013

Krążę...i Radegast, Flinsem zwany w okolicy

Krążę niczym lis wokół kurnika.Ciągle po głowie chodzi mi wizja odkrycia szczątków po przysłupowej (być może) przeszłości Ruderii. Wciąż chcę się dowiedzieć czegoś nowego o naszym domu. O przeszłości wsi, jakieś ciekawostki. I... nie mam jak. Nie lubię działać na oślep, nie mając jakichkolwiek przesłanek, że tak powinnam zadziałać. Lubię dostawać "znaki", wskazówki, którymi dalej podążam i które utwierdzają mnie w tym, że to słuszna droga. Brzmi może nieco baśniowo, ale u mnie się sprawdza. Chciałabym też wyremontować szybko Ruderię i przy okazji dowiedzieć się więcej o niej, zdzierając kolejne warstwy tynku i desek z sufitu. Teraz w Ruderii Uczestnik urzęduje, a ja jestem z potomstwem w mieście.Wystraszyłam się paskudnej pogody, do tego dołożyłam trwające przeziębienia  u dzieci i średnio komfortowe  warunki cieplne panujące teraz w domiszczu. Uczestnik teraz przeobraża jedno małe pomieszczenie  na bardziej przyjazne - żeby z dziurawego sufitu  farfocle nie spadały do zlewu i suszarki do naczyń. To pomieszczenie to nasz mały, najbliższy target. Niekoniecznie uda się to w tym roku (raczej nie), ale jest pierwsze w kolejce, kolejne pomieszczenie to sień (tu będą odbijane dechy z sufitu, ciekawe co z nich wypadnie?) i chyba kolejne to pomieszczenia na górze - jeden pokoik (zastany) i kawałek strychu. Ale plany mogą się zmieć.Wiadomo. Póki co - podzielę się ciekawostką dotyczącą Flinsa. Bo Flins  to bóstwo (pal sześć, że być może rzekome) najbliższe Ruderii. Ciekawostkę znalazłam w odkrytej na półce książce Andrzeja Zielińskiego pt.: "Miasta dolnośląskie na dawnej rycinie" (kiedyś sięgnęłam do niej w związku z Mirskiem). Pozwolę sobie zacytować fragmenty tego, co znalazłam na stronie 52, dotyczącej miasta Lubań: 
"...Lubań (Lauban) w Górnych Łużycach. Część Dolnego Śląska, w której miasto Lubań się wznosi, stanowią Górne Łużyce. Nazwa miasta wskazuje, że Słowianom zawdzięcza swe powstanie, bo gdyby Niemcy byli je pobudowali, to by nie omieszkali dać mu miana niemieckiego.O ile skąpe szczegóły z oddalonej przeszłości do nas doszły Lubań należał pierwotnie do Czech [...]Wiara chrześcijańska dopiero w XII w. tutaj zajaśniała.W czasie pogaństwa czczono tu między innymi bogami Radegasta. Bożka tego wyobrażano przybranego w długi czerwony płaszcz; w prawej ręce miał laskę i przez lewe ramię przewieszonego lwa. Świątynię swą miał w miejscu o milę oddalonym od dzisiejszego zakładu kąpielowego Flinsberga, gdzie napotykamy jeszcze ślady dawniejszych ołtarzy pogańskich. Radegast miał w tych stronach także pod nazwą Flinca [Flinsa] odbierać cześć bałwochwalczą [...]
Tygodnik Ilustrowany, 1884 nr 102"
Tyle w książce, a właściwie w cytacie z Tygodnika Ilustrowanego sprzed ponad stu laty. W sieci znalazłam dwóch Radegastów - piwo czeskie (kiedyś miałam okazję spróbować - dobre) oraz pomnik znajdujący się na pewnej górze od 1998 r.: tu linki do wikipedii: po polsku i po czesku , tam znajdują się zdjęcia pomnika. Z tym, że zamiast lwa Radegast dzierży róg i kaczkę (?). A swoją drogą, skąd u słowiańskiego bóstwa miałby lew się pojawić? lepsza faktycznie ta kaczka, jest zdecydowanie  bardziej słowiańska :).


*skorzystałam z : 
Andrzej Zieliński, Miasta dolnośląskie na dawnej rycinie, Wydawnictwo Dolnośląskiego  Towarzystwa Społeczno - Kulturalnego  Silesia, Wrocław 2002, s.52

sobota, 2 marca 2013

Czy warto kupić stary dom?

Przeglądając statystyki bloga natknęłam się na taką frazę, jak w tytule. Czy warto kupić stary dom? No właśnie, czy warto? Wydaje mi się, że odpowiedź zależy li i jedynie od nas. Wiele razy, gdy znajome osoby usłyszały ode mnie o tym, że  kupiliśmy stary dom do remontu, widziałam niedowierzanie i pytanie czy naprawdę chcemy mieszkać w starym domu ? A gdzie nowoczesne wnętrza i wygląd? palenie w piecu, żeby obiad ugotować? ciemny sufit w kuchni? pieczołowite zbieranie pamiątek po dawnych właścicielach? Oj tak, to niewątpliwie hobby dla zakręconych lub normalnych inaczej. I do tego bogatych, bo remont to przecież duże koszty. A my przecież nie - bogaci...(to o co chodzi??) Niedowierzanie też jest, bo nie chcemy organizować w domu agroturystyki. I w ogóle po co nam stary dom, nie lepiej jeździć na wakacje, zamiast na wieś do starego domu, do ciepłych krajów i tam pławić się w basenie hotelowym? Kolejna seria pytań to "jak tam remont? co już tam zrobiliście?". Właściwie to nic nie zrobiliśmy, w ramach hobby zrobiliśmy lekką rozpierduchę w domu  i wokół, i z nudów ją ogarnęliśmy (oczywiście z pomocą fachową, robimy je co jakiś czas, nieregularnie, bo na worach z talarami nie siedzimy), na przykład taką:

ot, lekkie zamieszanie z powodu kasztanowca, który zwalił się na dach

tak, takie nasze hobby...
Lubimy też zrywać deski z podłogi, żeby zobaczyć kolor ziemi pod nimi:
...a jednak humus!
A tak naprawdę, to warto?
Warto, bo:
- jak widać na fotkach wyżej, ze starym domem nie można się nudzić;
- można uratować choć jeden stary dom od zagłady;
- można odkrywać jego historię i poznać wielu ludzi przy tym;
- można po prostu mieć swój dom w spokojnym miejscu;
- jest w co lokować wszelkie nadwyżki finansowe;
- jest o czym myśleć przed snem (jeśli nie ma innych bardziej palących problemów);
- jest gdzie jeździć z dzieciakami, jest gdzie palić w piecu, itp.;
- no i  jest w końcu miejsce na wszystkie graty ;);
 Zapomniałabym! stary dom to także źródło wszelkich znalezisk - takie specyficzne stanowisko archeologiczne:






A jakie są Wasze powody?

ps1. z zupełnie innej beczki: tak 39 lat temu wyglądał Uczestnik i miś

ps2. ostatnio w  blogowych statystykach natknęłam się na inną frazę: Las Rębiszowski - cmentarz. Nie ma tam cmentarza, takiego, o jakim myślimy. Ale są tam, gdzieś pochowani polegli Francuzi, z armii Napoleona. A gdzie? Z wielu względów niech tak zostanie jak jest. Czyli gdzieś.

wtorek, 26 lutego 2013

Niech będzie już ciepło!

Koniec lutego. Wypatruję oznak końca zimy, cieszę się z dłuższych dni (co parę dni sprawdzam w kalendarzu o ile dłuższy jest już dzień) i nie mogę doczekać się chwili, kiedy pozbędziemy się ciepłych kurtek, butów zimowych, szalików i ocieplaczy. Jagoda niemal codziennie zakłada swoje nowe wiosenne pantofelki i pyta czy już je może założyć, gdy wychodzimy na zewnątrz. Michał pyta kiedy będzie tak ciepło, że  będzie mógł wyjść w koszulce z krótkim rękawem. Nie mogę doczekać się końca zimy i (jak co roku, od paru lat) przyrzekam sobie, że tym razem pozbędę się raz na zawsze tych zimowych butów, które kupiłam parę lat temu (w chwili chyba zaćmienia umysłowego, bo jakoś mi nie leżą,a których nie potrafię się pozbyć, bo jak na złość świetnie się trzymają). Uczestnik też coś napomyka o tęsknocie za ciepłymi dniami...Słowem - czekamy na zmiany w przyrodzie. Znalazłam parę zdjęć - bardziej osobistych, bo prezentujących nas - z minionego lata, spędzonego w dużej części w Przecznicy. Tęsknię za tymi chwilami i chciałabym je powtórzyć tego lata. Sami zobaczcie:
Czy jest sposób na nietęsknienie za ogórkową, ugotowaną na własnym piecu w starej chałupie, spożytej na progu domostwa:
Albo za sajgonem na tyłach domu (i poranną kawą wypitą niespiesznie przy stole, gdy dzieci i zabawki jeszcze śpią):


Nie mówiąc o potrawach, robionych przez Uczestnika (od razu dodam, że w naszym stadle mistrzem w kuchni jest właśnie Uczestnik):

jestem po kolacji złożonej z gzika i grzanek czosnkowych,  i ślina mi ucieka na ten widok...

Albo za młodą, zadowoloną na festynie wiejskim:


Lub za stadnym spaniem w Ruderii:

wyglądamy jak jakieś zwierzątka w norce:) zdjęcie słabej jakości, bo zrobione aparatem telefonicznym, matka zawsze ma najmniej miejsca;)
Ciekawe czy w tym roku uda się stadnie spać? dzieci trochę urosły...;)
I tym mało optymistycznym  akcentem kończę dzisiejszy tęskny wpis. Chciałby się napisać: do lata! Ale nie - do lata  niejeden wpis będzie!



niedziela, 23 grudnia 2012

Świąteczne życzenia

Święta za pasem, zima astronomiczna już jest, dni będą stawać się coraz dłuższe...Z okazji Świąt zimowych wszystkim jawnym i niejawnym, regularnym i przypadkowym, czytelnikom i oglądaczom życzę spokoju, radości oraz smakowitości :)
Ach, ach, jak nie napiszę, to pęknę! Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że sylwestrowe szaleństwo przeżyjemy w miłym gronie w ...Przecznicy :) U sąsiadów. Prawie w naszej Ruderii (wystarczy przebiec przez ulicę ;) ) !
O dawnych obyczajach związanym z Bożym Narodzeniem w Górach Izerskich można przeczytać  tu - zachęcam do poczytania, bo warto!
Aby podtrzymać zimowy, spokojny czas - jedna z pocztówek (już objawiona kiedyś na blogu) - zimowa idylla gdzieś w Izerach...

środa, 24 października 2012

Zmiany, zmiany w ruderyjnej okolicy

Cofnijmy się w czasie. Jest 1939 rok, może być i 1938. Przecznica jest wsią tętniącą życiem (jeszcze bardziej niż teraz), nie ma na drodze aut (pewnie się zdarzają, ale nie tak często jak teraz), nie ma hałaśliwych motorynek, jest  więcej mieszkańców i zwierząt, mniej drzew i nieokiełznanych krzaczorów, nie ma tylu ruin domów...Działa szkoła...Nie ma puszek po piwie rzuconych byle gdzie, ani opakowań po chipsach...Niemal co drugi dom jest szachulcowy, bardzo często jeszcze z przysłupowym parterem. I jest...ponad 30 adresów noclegowych (licząc i gospody i prywatne kwatery *)! Tak, aż tyle, bo Przecznica była miejscowością letniskową. Ceniono widoki, spokój, bliskość gór i dobry luft :). O świetności Przecznicy jako letniego kurortu niech świadczy imponująca liczba pocztówek - można je obejrzeć  tu. A teraz szybko wracamy do teraźniejszości. W Przecznicy obecnie jest kilka agroturystyk, (widziałam też w sieci ogłoszenie o wynajęciu całego domu) i od teraz rozpoczyna działalność kolejna - naszych sąsiadów, przybyłych z daleka. Co ciekawe, przed wojną w domu sąsiadów również były pokoje do wynajęcia. Zachowała się nawet tabliczka informująca, że "Zimmer frei". Dom sąsiadów z zewnątrz niewiele się zmienił od 1939 roku, wcześniej przeszedł gruntowny remont - widziałam zdjęcie, na którym w latach międzywojennych była to nieduża przysłupowa chata. Działała też kuźnia (właśnie czyścimy dwie podkowy z niej pochodzące). Zresztą, zobaczcie sami, jak teraz wygląda ten dom - tu.

ps. notka nie jest  sponsorowana, chociaż można na upartego uznać, że zawiera lokowanie sąsiedzkiego "produktu" :)



* skorzystałam z informacji zawartych w "Chronik über der Höhenluftkurort Querbach"

piątek, 18 maja 2012

Jest takie miejsce...

...Jest takie miejsce, gdzie dzieci i psy czują się dobrze. A właściwie to dom.  W Rębiszowie. Dom, jakich wiele (bo przecież w wielu domach i dzieci i psy czują się dobrze, prawda?), a jednocześnie wyjątkowy (jak każdy, czyż nie?). Ma swoją długą historię. Przed wojną przez wiele lat mieszkała w nim pewna kobieta. Klara Kittelmann. Zapewne posiadała dużo rodziny w okolicy (wiem, że ludzie o takim nazwisku mieszkali na przykład w Przecznicy i w Gross Iser) i w swojej miejscowości też. Po wojnie w tym domu mieszkała rodzina M., potem dom trafił w ręce ludzi, którzy mieszkali na stałe daleko (ale trochę go wyremontowali). Następnie (8 lat temu) trafił do kolejnych właścicieli, którzy go  wyremontowali totalnie i zamieszkali. Byłam przy remoncie dachu. Widziałam zmiany. Przyjeżdżamy do tego domu na święta, na ferie zimowe czasem, a czasem na tydzień wakacyjny.  Na podwórku tego domu nasze dzieci poznały kury, króliki, psy i koty. Co roku zrywam w sadzie  porzeczki, agrest i wiśnie. Z tego domu wyszłam  niemal 4 lata temu do lasu na grzyby (wróciłam!), w którym znalazłam znak. Przyjeżdżając do naszej  przecznickiej chałupy, w tym domu właśnie dotychczas (poza latem) nocowałam z dziećmi. Ale to się chyba wkrótce zmieni, bo...mamy już lodówkę w Ruderii :) !

[lodówka ma już parę lat - 8 - żeby nie było podejrzeń o rozpustę zakupową ;) ]
[wodę bieżącą też mamy, a dzieci na szczęście rosną...;) ]
[rekreacyjny pobyt bez klasycznej łazienki  jest  do wytrzymania] 
[nie zarzekam się, ale  przy siarczystych mrozach może stchórzę i wrócę do tego domu...;) ]
[chociaż być może do zimy poczynimy większe prace remontowe w Ruderii, kto wie? może los nam będzie sprzyjał...]


młoda i pies na podwórku, w Rębiszowie, chyba zadowoleni...


poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Z zupełnie innej beczki, czyli na co można natknąć się w miejskim parku

Dzisiaj będzie wpis o miejscu, znajdującym się jeeeszcze dalej od Przecznicy aniżeli Kwisa. Wczoraj, podczas spaceru z dziećmi po parku, zauważyłam takie oto "cuda" w dużym miejskim parku. Nawiązując do ostatniej notki na blogu Mateusowym -  jak widać, w mieście ze świadomością ekologiczną mieszkańców nie jest też różowo...
może ktoś potrzebuje tylnej szyby do samochodu? albo materaca?
I perełka na koniec:


Kiedyś na studiach żartowaliśmy na roku, że trzeba stworzyć typologię plastikowych butelek, itp. Teraz ten pomysł bynajmniej nie zakrawa na dowcip...


Zdjęcia robiłam aparatem, wkomponowanym w telefon, więc proszę o wyrozumiałość...Nie spodziewałam się takich "artefaktów" w parku...

Dawno temu,w innym parku miejskim, w innym mieście, natknęłam się na nadpalone szczątki psa, leżące przy dróżce, znalazłam też grobowiec Belfegora, ale to już inna opowieść...

czwartek, 22 grudnia 2011

Pora na świąteczne życzenia

Okna wymyte, menu ustalone, zakupy zrobione, drzewko kupione, prezenty też...to znak, że została ostatnia chwila na złożenie wirtualnych życzeń :) Zatem życzę Wam, mili odwiedzający, spokojnych Świąt, wesoło mrugającego karpa w galarecie oraz miłego zaskoczenia pod choinką (a co tam! pod jemiołą też:) ). I oby święta były białe - żeby poszaleć na sankach po odejściu od świątecznego stołu - o, tak jak drzewiej bywało:
ten znak znajduje się w Karkonoszach, na głazie przy jednym ze szlaków prowadzących oczywiście w dół
Nie mogę nie wspomnieć o miłym wyróżnieniu, jaki blog otrzymał od mieszkańców Mateusa . Jeszcze raz dziękuję i wklejam znaczek:
Zgodnie z zasadami, przy takim wyróżnieniu powinnam wskazać blogi, które chciałabym wyróżnić oraz wyznać 7 informacji o sobie, których nie znacie. Z racji zamieszania świątecznego (czasu niewiele) pozwolę sobie wymigać się od tego obowiązku  i napiszę w skrócie, że lubię zaglądać do blogów, które znajdują się po prawej stronie i właściwie każdy  z nich powinnam w jakiś sposób wyróżnić :) Całkiem niedawno spowiadałam się z grzechów głównych i teraz mogę dodać  do nich na szybko, że zapewne nie wiecie,  że dzieciństwo spędziłam w tym oto domu:

Na koniec dodatek muzyczny : Lou Reed wraz z Anthonym (kiedyś sądziłam, że jest to czarnoskóry wokalista lub wokalistka) w utworze "Perfect Day" z płyty Lou "The Raven" z 2003 r. (płyta silnie inspirowana twórczością Edgara Allana Poe) - tu link

sobota, 17 grudnia 2011

Chcemy kupić stary dom - jak sfinansować inwestycję?

Był już opis  sytuacji (rzeczywiście takie się zdarzają, bez obawy: nie każdemu:))  czyhających na właścicieli  przy remoncie starego domu, teraz parę słów skąd wziąć pieniądze na zakup domu. Kolejność zaburzona - bo zapomniałam już o tych emocjach, które nam towarzyszyły, gdy kupowaliśmy dom. Teraz żyjemy remontem - robionym etapami. To co opiszę poniżej, to efekt naszych doświadczeń i historii zasłyszanych lub przeczytanych. Obiecuję, że kolejne wpisy będą bardziej przecznickie.
Zaczynamy!
Dom jest już upatrzony, jesteśmy zdecydowani go kupić. Pytanie: za co? Są dwie możliwości:
1. mamy na ten cel zgromadzone środki (lub będziemy mieć lada chwila, gdy np. sprzedamy aktualne lokum) - więc bez zbędnych ceregieli finalizujemy sprawę z właścicielem; sprawa jasna i oczywista,
2. nie mamy pieniędzy - w grę wchodzi pożyczenie ich albo od rodziny/przyjaciół, albo z banku. Gdy pożyczamy od rodziny czy przyjaciół sprawa też jest jasna: kupujemy dom, a pieniądze zwracamy na zasadach umówionych z pożyczkodawcami :)
Gdy chcemy pożyczyć z banku to są tu dwie możliwości: albo kredyt hipoteczny albo kredyt gotówkowy (czyli pożyczka). Myślę, że tutaj wiele zależy od ceny domu (gdy jest naprawdę wysoka, to uzyskanie pożyczki może się nie ziścić), naszych możliwości, czyli zdolności kredytowej ocenianej przez bank i naszych preferencji. 
Jeśli kredyt hipoteczny, to czego należy się spodziewać? Tony dokumentów, m.in.  umowy przedwstępnej z właścicielami domu, który chcemy kupić (czyli tak czy siak warto mieć na początek trochę własnych pieniędzy na zaliczkę) i sporo cierpliwości :) 
Jakie dokumenty bank może chcieć w związku z domem?
- operat szacunkowy, czyli wycenę nieruchomości (albo przyśle własnego rzeczoznawcę, albo sami zorganizujecie rzeczoznawcę, który jest - paskudnie brzmi to słowo- akceptowalny przez bank), koszty wyceny ponosimy my. Warto przed wpuszczeniem pana rzeczoznawcy w progi prawie własnego domu, uprzednio go ogarnąć (aby te sterty ubrań  czy słoików z przedpotopowymi przetworami nie wpłynęły na jego ocenę :) wiem też, że rzeczoznawcy krzywo zerkają na pomieszczenia nie mające 2,2 m wysokości);
- umowę przedwstępną;
- jest też tu kwestia ubezpieczenia domu (standardowe, ale wiem, że część banków po prostu oferuje przy udzieleniu kredytu takowe, więc odpada samodzielne bieganie po ubezpieczycielach i pilnowanie odnowienia polisy co rok);
- wyciąg czy też wypis z księgi wieczystej nieruchomości (czy nie ma obciążeń, np. dożywotniej służebności  na rzecz jakiegoś starszego pana:)) - czyli akcja: lokalizujemy właściwy sąd i drogą urzędową otrzymujemy pożądany dokument.
Chyba to wszystko, co dotyczy domu. Oczywiście, bank będzie chciał sprawdzić zdolność kredytową swoich przyszłych wieloletnich klientów - więc poda listę wymaganych dokumentów (będzie chciał uzyskać wiedzę na temat naszych dochodów) na tę okoliczność. Sprawdzi nas też w BIK-u (czyli Biurze Informacji Kredytowej-jest to instytucja, z której zasobów korzystają banki i banki też tę bazę tworzą, przesyłając dane kredytobiorców, nie mylić z BIG). Jeśli wszystko będzie ok., to pieniądze zostaną przelane na konto osoby sprzedającej dom = finalizujemy sprawę u notariusza, składamy do sądu wniosek o wpis na hipotece naszego wymarzonego starego domku na rzecz banku i spłacamy raty  do emerytury :)
Może się zdarzyć, że bank negatywnie oceni  nasz wymarzony dom (bo z wyceny np. wynika, że dom "za - bardzo -  potrzebuje -  remontu") i sprawa kredytu się rypła. Warto wtedy poszukać innego banku - może akurat  inny ma bardziej liberalne podejście do naszej wymarzonej ruiny? jeśli nie - wycenę nieruchomości trzymamy na honorowym miejscu w domu (w końcu trochę kosztowała!), staramy się o pieniądze innym sposobem.
Jeśli nie hipoteczny to może pożyczka? Myślę, że warto wtedy po to  rozwiązanie sięgnąć, gdy dom nie ma wysokiej ceny (żeby raty nas nie zabiły! i żeby bank w ogóle pożyczył nam pieniądze). W przypadku takiej pożyczki (np. w złotówkach, stałe oprocentowanie, więc z trwogą nie śledzimy informacji ze świata całego o różnych kryzysach) bank w ogóle nie interesuje się tym, co z tymi pieniędzmi zrobimy (odpada koszt operatu szacunkowego, spisujemy jedną umowę ze sprzedającymi). Ach, i nie zadłużamy się do emerytury, tylko na kilka lat. Trochę trudnych lat :)
Można robić też miksy, tzn. trochę pożyczyć od rodziny i trochę od banku. Finansowanie remontu to osobna sprawa - można jeszcze się zadłużyć w banku, u rodziny, zbierać (a gdy kiedyś umrzemy, nasi sąsiedzi będą snuć opowieści, jak to ciułaliśmy całe życie złoto i pewnie ukryte jest gdzieś pod podłogą w naszym starym domu :)) lub starać się o dotacje unijne (jeśli planujemy działalność usługową w domu lub mamy sporo ziemi i zwierzaków ) lub inne dotacje, o których nie słyszałam. Ale chętnie posłucham:)

wtorek, 13 grudnia 2011

Kupujecie stary dom, czyli wszystko może się zdarzyć :)

Obserwując zaprzyjaźnione blogi o remontach starych domów i mając na uwadze własne doświadczenia, pokuszę się na spisanie standardowych sytuacji czyhających na świeżo upieczonych posiadaczy starych domów - ku przestrodze.. :)
1. kupiliście właśnie stary dom....
- część rodziny puka się w czoło - "po co im taki stary dom?!?",
- dom jest cudowny, nieważne, że dach się zapada, a  wilgoć świetnie się rozwija na parterze,
- w pokoju na piętrze odkrywacie stosy ubrań po, zazwyczaj już zmarłym, dawnym właścicielu,
- a w stodole pod prastarym sianem odkrywacie wieloletni składzik butelek po wódce/ occie,
- sąsiedzi częstują Was opowieściami, w którym pomieszczeniu i w jaki sposób zmarł poprzedni właściciel,
- z kolei inni sąsiedzi zagadują Was, czy już znaleźliście w domu te nieprzebrane bogactwa i złoto, które poprzedni właściciel (tak, ten zmarły) pieczołowicie ciułał przez całe życie (potem na strychu odkrywacie potwierdzenie nadania przelewu na wysoką sumę na rzecz pewnej stacji radiowej oraz jej charyzmatycznego właściciela - ojca dyrektora...),
- czekacie na zatwierdzenie projektu i klniecie w żywe kamienie opieszałego architekta (klątwa działa, facet zachorował, wszystko się opóźniło...)
2.  macie  zaplanowany budżet, aby reanimować dom do życia od razu lub na raty (czyli opędzić najpierw niezbędne remonty, a potem stopniowo, w miarę posiadanych środków realizować kolejne etapy remontu). I się zaczyna!
- brak zrozumienia ze strony fachowców - budowlańców (słyszycie coś w ten deseń: "Drogi inwestorze, taniej będzie wybudować nowy dom, po co Państwu taka rudera?" ),
- zagwarantowane macie to, że każdy weekend spędzicie w remontowanej właśnie starej chałupie, niewykluczone, że najbliższy urlop też. Dzieci mogą niekoniecznie być tym faktem zachwycone,
- ciągle myślicie  i nawet śnicie o tej starej ruderze (w sumie to lepiej, że o starej ruderze, a  nie o wyśnionej bogini czy innym bożyszczu tłumów :)),
- okazuje się,  np. przy robieniu odwodnienia, że budżet na bank będzie przekroczony, kombinujecie skąd wziąć pieniądze, nie dosypiacie z nerwów,
- odkrywacie liczną rodzinę spuszczeli zamieszkujących w zabytkowych belkach sufitowych, zastanawiacie się czy uda się Wam żyć w symbiozie razem czy jednak wytruć biedne zwierzątka...
- niespodziewanie na dach wali się drzewo, rujnując go. Z mieszanymi uczuciami zastanawiacie się, kto do licha tak Wam źle życzy i robicie kosztorys. Cała sytuacja zwala Was z nóg, ale dajecie radę! No bo kto da, jak nie Wy?
- mniej więcej równocześnie dowiadujecie się, że rodzina się powiększy, instalacja elektryczna się sfajczyła, a ukochana ciocia właśnie przeszła rozległy wylew,
- podczas remontu kuchni z sufitu wypadają kocie mumie,
- podczas czyszczenia szamba natykacie się w środku na... baranie szczątki (stare szamba zaskakują swoją zawartością...),
- psuje się samochód, pojawiają się niespodziewane wydatki, interes źle idzie - zaciskacie zęby i pchacie ten wózek dalej,
- stajecie się powoli fachowcami z następujących dziedzin: walka z wilgocią, dekarstwo, kładzenie tynków, instalacji elektrycznych, w małym paluszku macie hydraulikę i montaż CO, nie mówiąc o takich banałach jak kafelkowanie czy układanie ceglanej podłogi tudzież paneli, renowację starych mebli też już liznęliście (łącznie z politurą, hihi),
- kryzys zażegany, remont skończony, potomstwo szczęśliwie pojawiło się na świecie, można mieszkać w chacie ! 
3. zamieszkujecie w swoim wymarzonym starym domu :)

I takiego finału wszystkim życzę ! Sobie też :)
Dopisujcie, proszę, sytuacje, które przeżyliście w związku z posiadaniem starego domu, a które  nawet nie przyszły mi do głowy, ani nie śniły się filozofom i fizjologom... :)

sobota, 29 października 2011

Przecznickie plony, czyli nasz pierwszy lampion z dyni

Pisałam już, że dynie nam obrodziły w Przecznicy, najwięcej było ozdobnych, ale wśród nich była ONA. Wielka, kulista dynia. I ciężka. Zważyłam ją - 6 kg, chociaż wydawało mi się, że była cięższa od naszej 1,5 - rocznej córki. Dzisiaj nastał jej dzień, a raczej wieczór :))

a tu zarys młodszego dziecięcia zainteresowanego dyniową lampą:)
 Oddzieliłam pestki od miąższu, którego było dość dużo. Z części zrobiliśmy zupę dyniową (też pierwszy raz w życiu), część zamroziłam, a dobre pestki albo zjemy po wysuszeniu, albo zostawimy do wysiania na przyszły rok :)
A tu zdjęcie obrazujące wydłubane przeze mnie ilości miąższu i dobre pestki

niedziela, 21 sierpnia 2011

Gadzi park w Szklarskiej Porębie, czyli relacja z rodzinnej wycieczki

Zacznę od początku. A początek jest taki, że nagle, na trasie Wrocław- Jelenia Góra, gdzieś od Kaczorowa począwszy, na  wielkich wszelakich powierzchniach pojawiły się reklamy dinoparku, zlokalizowanego w Szklarskiej Porębie. Jeżdżąc tą trasą x - razy mieliśmy okazję oswoić się z tą informacją. Młody też :) Po zakończeniu rehabilitacji w Świeradowie- Zdroju, gdy zażywaliśmy relaksu w naszej  przecznickiej chałupie, zapadła decyzja: jedziemy z potomstwem do gadziego parku! Wcześniej rzuciłam pobieżnie okiem na stronę tego przybytku, ale prawdę mówiąc, bez szczególnego wgłębiania się w detale. Ruszyliśmy do Szklarskiej, zaparkowaliśmy w centrum i zaczęliśmy wypatrywać drogowskazów. Daremnie. Dodam, że oprócz głównej ulicy i trasy na Szrenicę, za bardzo nie orientujemy się w topografii miasteczka. Przy okazji konsumpcji boskiej pizzy w pewnym lokalu zapytaliśmy o namiary do dinoparku - uprzejmy pan orzekł, że to ok. 1,5 km drogi i wskazał, gdzie iść (trzeba zejść z głównej, w stronę Domu braci Hauptmannów), po drodze minęliśmy przystanek dinobusa. Gdy zeszliśmy z głównej ulicy, drogowskazy zaczęły pojawiać się jak grzyby po deszczu i okazało się, że nie 1,5 km tylko 2,5 km dzieli nas od gadziego przybytku! Przyznam, że nie bardzo chciało się nam wracać po samochód (obżarci pizzą, postanowiliśmy spalić kalorie). Młoda  kokosiła się na biodrowym nosidełku w objęciach Uczestnika. Jak dla mnie - miałam dość tej dłuugiej, jak się okazało, trasy. Po drodze zwiedziłam wraz z młodą Dom Hauptmannów. Potem próbowałam dogonić Uczestnika i młodego - dogoniłam ich już w dinoparku. Dobra, teraz garść konkretów: bilet dla osoby dorosłej kosztuje 18 zł, dla dziecka (dzieci do metra wzrostu nie płacą) kosztuje 14 zł. Kupiliśmy w sumie 3 bilety i co za nie mamy? ano, bezpłatny placyk zabaw, o taki:
No, dobra, co jeszcze mamy w cenie biletu? Spacerek po parku, gdzie towarzyszą nam prehistoryczne gady, o takie:
Wśród gadziej ferajny, nie wiedzieć czemu, niczym upiór z czwartego wymiaru, pojawił się mamut i dwóch przedstawicieli H. sapiens neardentalensis (sądząc po twarzach).

Reszta atrakcji w parku, tj. nadmuchiwane zjeżdżalnie, mini park linowy, są płatne (ceny jak w dużym mieście za podobne atrakcje).  Jest jeszcze kino 5D, sklep z zabawkami i coś w rodzaju restauracji - wiadomo, płatne. Młody pohasał przez płatne 15 minut na dmuchanych zjeżdżalniach, przebiegł  gadzią ścieżkę i wyszliśmy. Jako, że trasa od centrum do dinoparku jednak dała nam w kość (mi szczególnie), zdecydowaliśmy się na skorzystanie z usług dinobusa (bilety dla dorosłych po 5 zł, dla dziecka pow. metra wzrostu 4 zł) Fajnie się jechało:). Okazało się, że koło stacji PKP Szklarska Poręba Średnia znajduje się dość spory parking dla odwiedzających gadzi przybytek (ciekawe czy też płatny?). Szkoda tylko, że w mieście nie ma żadnej informacji o nim. Chyba, że jest - ale widoczna dla turystów przyjeżdżających od strony Jeleniej Góry, a nie od strony Świeradowa- Zdroju.
Reasumując: jestem zawiedziona gadzin przybytkiem, za mało atrakcji w cenie biletu. No i ten brak oznakowania w mieście...

wtorek, 16 sierpnia 2011

blogowe wyróżnienie, part two

Ano, powróciłam do wirtualnej rzeczywistości i spieszę dokończyć temat. Wyróżnienie, jak w tzw. międzyczasie  się okazało, nasz blog otrzymał również od Megi. A tak wygląda znaczek wyróżnienia:

Niniejszym jest mi bardzo miło:) Trudno jest wybrać blogi, które chciałabym wyróżnić - bardzo lubię te, które obserwuję jawnie i zajadle:) (vide: kolumienka po prawej stronie), ale najbardziej lubię zaglądać tam, gdzie jest mi najbliżej - czyli zmagających się z remontem starego domu (mam tu na myśli sąsiadów z K czyli ZiŁ, kolejnych sąsiadów, którzy lada moment wprowadzą się do swojego starego - nowego domu czyli Anandy i małżonka, dalszych sąsiadów z Gór Kaczawskich czyli Przemka oraz z Nawojowa Łużyckiego, Śledzibowców i  jeszcze dalszej sąsiadki z Wonnych Wzgórz), oraz pokazujących piękno przyrody  i nie tylko (tak tak, to o Tobie Megi:), o sąsiedzie Marcinie z drugiej strony Tłoczyny jak sądzę:) oraz Krkonosu). Nie będę wypisywać wszystkich blogów wszyćkie lubię :))!!!
Zauważyłam, że istnieje zwyczaj, aby przy takim blogowym wyróżnieniu napisać 7 rzeczy o sobie. Hmm, nie wiem co mogłabym napisać? wydaje mi się, że sporo informacji na blogu przemycam - może jakieś sugestie?
Aktualizacja z 17.08.2011 r. :
 cokolwiek przemyślałam temat 7 grzechów głównych i może jednak publicznie się wyspowiadam:) :
1. Lubię piwo, zwłaszcza w upalne dni i/lub przy pracy fizycznej na powietrzu. Ostatnimi czasy głównie czeskie :)
2. W czasach licealnych miałam kilka ksywek, ale najbardziej pamiętna to "Łysa" (od mojej fryzury)
3. Jakoś długo nie mogłam uwierzyć w to, że w pewnym momencie stałam się dorosłym człowiekiem. Tak zwaną "dorosłość" poczułam dopiero wtedy, gdy zostałam mamą. A wcale nie byłam jakoś mocno młoda.
4. Uwielbiam jeść! moje poranne drugie (bo pierwsze do łazienki) kroki kieruję wprost do lodówki:) zapewne żywot zakończę kiedyś jako potwornie pękata osoba i dzieci będą musiały same dokonać kremacji  mojego ciała podpalając chałupę (jak w filmie o tym, co kąsało niejakiego Gilberta)
5. Miewam prorocze sny. Serio, serio.
6. Boję się...żab! Wiem, że to irracjonalne, ale nie mogę do końca tego lęku przezwyciężyć. Mój ojciec też tak ma :)
7. I cóż jeszcze? jestem z sekcji archeo  z uprawnieniami. Zawód jak każdy inny, czasami usłany prastarymi kośćmi.

I finito - uff .. nie bolało

 No i na koniec,  w związku z tym, że ten wpis jest super hiper osobisty, pozwolę sobie na wklejenie linka do jednego z moich ulubionych amerykanskych...http://www.youtube.com/watch?v=B7Ske2eKX2g&ob=av2e

sobota, 6 sierpnia 2011

blogowe sprawy, czyli nasza pierwsza nagroda!!!

Ha! nasz blog został wyróżniony przez pewne sympatycznie trio . Niniejszym czujemy się zaszczyceni :)! w związku z tym, że od już za chwilę przez bity tydzień nie będziemy mieć dostępu do sieci, rozwinę temat nagrody w kolejnym wpisie za niedługi czas:)

środa, 20 kwietnia 2011

O wielkanocnych obyczajach raz jeszcze

Przez pierwszych kilkanaście lat życia mieszkałam na pograniczu śląsko-górnołużyckim, dla niewtajemniczonych w historyczną topografię: mieszkałam w południowo-zachodniej części województwa dolnośląskiego. Dopiero po zamieszkaniu dziesiątki kilometrów dalej, zaczęłam interesować się przeszłością tej niewielkiej części Polski. Tak często chyba bywa. Moim marzeniem jest nauczenie się języka górnołużyckiego (dla ciekawych tu zajawka wirtualnych lekcji). 
Ostatnio znalazłam w Sieci stronę, co prawdą poświęcona Chociebużowi (Cottbus), ale przytaczającą szereg obyczajów dolnołużyckich. Dolne to nie to samo co Górne, ale bardzo bliskie. Na stronie można znaleźć też obyczaje wielkanocne, proszę są tu. I jeden szczegół jest taki sam, jak w dawnych obyczajach izerskich (myślę, że można tu uogólnić, że są to obyczaje wschodniej części Górnych Łużyc), a mianowicie obdarowywanie jajkami i bułką.  Dla porównania wpis o obyczajach w Izerach tu .
A może reaktywować ten zwyczaj ?
Ciekawe jaka będzie pogoda w Wielki Piątek :) ?

Z okazji Świąt Wielkiej Nocy smakowitych jaj wszystkim życzę!!


p.s. a tutu parę słów o Górnych Łużycach

piątek, 1 kwietnia 2011

Wiosna, panie sierżancie

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że wiosna już naprawdę rozgościła się na dolnośląskiej ziemi. W parku widzę kolorowe  krokusowe kobierce oraz inne wiosenne kwiatki. W powietrzu wreszcie czuć budzące się życie, wieczorami słychać trele ptasie, jeszcze niezbyt intensywne, ale ptaszyny coraz bardziej się rozkręcają z godami:) Teraz czekamy jeszcze na wieczorne trele pewnego zwierzaka (zawsze cały kwiecień zwierz ma gody)-Uczestnik stawia na to, że jest to ropucha szara, a ja żywię niedorzeczną nadzieję, że  to plugawy ptak nocy czyli lelek kozodój :) No, ale skąd w dużym mieście lelek? prędzej ta ropucha jednak :( ja tam zawsze mówię, że to mój plugawiec:) W mieszkaniu mam też oznaki wiosny: cytrusy powypuszczały nowe liście, a kalamondyna z rozpędu wydała na świat pierwszy pąk kwiatowy. Rok temu sama byłam żywym przykładem, że na wiosnę budzi się życie-wszak nasza Jagoda wykluła się z jaja:) Jakoś wciąż nie mogę uwierzyć, że młoda skończyła rok! A dzisiaj...dzisiaj jedziemy do Przecznicy! muszę znowu nasycić oczy górskimi widokami-żeby pamiętać o nich, gdy na co dzień krążę  po betonowej dżungli...
Co do zamkowych historii-przed nami jeszcze z 5-6 założeń do zwiedzenia w okolicach izerskich, oczywiście relacje będą:) zwiedzanie zapewne rozciągnięte będzie w czasie...
czasami z naszych okien widać Śnieżkę-to widok z 7 lutego 2011 r.