Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dach. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 lutego 2011

Wymiana dachu, part two

Kończę wreszcie opowieść o wymianie dachu. Pamięć mnie myliła i ekipa wkroczyła jakoś w połowie września, a nie pod koniec, jak pisałam wcześniej. Co tu dużo pisać, zdjęcia chyba lepiej oddadzą to, co mogłabym dość nudno zapewne opisywać.W skrócie napiszę, że fachowcy wylali  wieniec, okazało się, że dom był krzywy, więc też troszkę podmurowali ściany, zrobili 2 ściany szczytowe (wcześniej były drewniane), nałożyli konstrukcję drewnianą, folię (chyba tak  się nazywa to coś, między dachówkami a drewnem) i na końcu dachówki.Wszystkie materiały były nowe, ale sporo starych dachówek i drewna zostało (przydały się nam potem). Był antrakt między zakończeniem montowania konstrukcji drewnianej, a nakładaniem dachówek w postaci tzw.wiechy. Czyli mini - biesiady :). Poniżej zamieszczam zdjęcia ilustrujące kolejne etapy powstawiania dachu. Przy czym, wybierałam takie, na których nie ma ekipy (ze zrozumiałych względów - ochrona danych, nie pytałam nikogo o zgodę na upublicznianie wizerunku), więc może nie będą to ujęcia idealne. Ja zostałam w naszym mieszkaniu z młodym i zajmowałam się podziwianiem mojego brzucha, który powoli, powoli robił się widoczny oraz odkryłam, że bez pączków z nadzieniem różanym nie mogę żyć :)
P.S. fotki zamieszczałam na raty w wersji roboczej i niestety przy dwóch ostatnich zdjęciach zaburzona jest kolejność.Uczę się, uczę...;)
A teraz fotki, taaadam!
romantyczna ruina - bez dachu, ale już z wieńcem
romantyczna ruina, na tym samym etapie, widoki tylne
coś  zaczyna się dziać...
dzieje się coraz więcej! widok z podwórka sąsiadów
ściana szczytowa nieśmiało się pnie...

wiecha wisi!!



dach gotowy!


brakuje tylko dachówek :)





poniedziałek, 7 lutego 2011

Wymiana dachu, part one

Kasztanowiec był niewątpliwie ozdobą naszego obejścia, ale wziął  się i obalił  na dach, rujnując co się dało, w tym nasz entuzjazm. Każdy opad atmosferyczny powodował u nas nerwowe drgawki (ciekawe co właśnie jest niszczone dzięki dziurze w dachu...). Mąż przy pomocy fachowców i innych pomagierów ze wsi uporał się z kasztanowcem (jedyna pociecha, że opał z niego mieliśmy), złożyliśmy też do gminy wniosek o zgodę na wycięcie lipy, rosnącej za domem ( już na wszelki wypadek...). A w pniu kasztanowca odkryliśmy to:
roślinna biomechanika
Zgodę otrzymaliśmy ekspresowo i lipa poszła pod piły. Dzień po rozwaleniu dachu, zrobiło się zwarcie i przy liczniku wybuchł ogień, po wybuchu wyglądało to tak:



Zapytaliśmy naszych dotychczasowych fachowców, ile kosztowałby nowy dach, robocizna plus materiały. Cena nas trochę zbiła z nóg i jeszcze, gdy pomyśleliśmy o nieodzownym, zapewne, cateringu podczas budowy dachu (jadło, napitek...), to trochę słabo nam się zrobiło. Zapytaliśmy o cenę szefa innej ekipy, bardziej lokalnej, oferta była zdecydowanie lepsza (a swoją drogą, ciekawe dlaczego ceny były  różne? kwestia materiałów? stawiam na wycenę robociznę). Wstępnie zaklepaliśmy nowa ekipę i zaczęliśmy zdobywać środki na wymianę dachu (w tym dużą i niespodziewaną pomoc ze strony mojej mamy). I tak na tym, mniej więcej, upłynął nam sierpień i część września. Aaa, i zaczęłam dość szybko tracić talię :) i mieć mdłości, nie tylko poranne:) Poniżej zamieszczam kilka fotek domu bez dachu - nowa ekipa pod koniec września, jeśli pamięć mnie nie myli, rozpoczęła prace na wysokości.




niedziela, 6 lutego 2011

A lato było burzliwe tego roku, czyli niespodziewana wymiana dachu

Tak, lato 2009 było piękne, a zwłaszcza upalny i burzowy lipiec.Odwodnienie domu zakończyło się jakoś ok. 20 lipca, 21 lipca dowiedzieliśmy się,że rodzina nam się powiększy, a 23 lipca przed Dolny Śląsk od zachodu przewaliła się dość gwałtowna burza.Mąż obserwował ją z okien naszego mieszkania. Późnym wieczorem dowiedzieliśmy się, że nawałnica złamała kasztanowca, który spadł na dach naszego domu...Mąż wsiadł w auto i od razu pojechał do Przecznicy.Tam na miejscu zastał straż pożarną oraz ludzi ze wsi chętnych do pomocy, no i gapiów, jak to zwykle przy takich wydarzeniach bywa. Dach był w fatalnym stanie, drzewo upadło tak, że zniszczyło doszczętnie jedno z okien na dachu, poleciało też parę dachówek ze stodoły.Znajomi ze wsi pożyczyli nam plandekę do zakrycia dziury. Prawdę mówiąc, chyba przeżyliśmy wtedy moment pewnego zwątpienia, bo dach dziurawy, trzeba go szybko naprawić albo najlepiej zrobić nowy,żeby dom nie niszczał, a tu odwodnienie nas zrujnowało finansowo...No i świeża nowina o potomstwie...Eh, jakoś po ochłonięciu, pomyśleliśmy,że chyba tak miało być i że zapewne jakoś się wszystko ułoży.Ale za bardzo nie wiedzieliśmy, jak i kiedy...Na drugi dzień bodajże, nasze domostwo odwiedził burmistrz miasta i gminy Mirsk (pewnie robił objazd, szacując zniszczenia po nawałnicy),zdjęcie naszego domu załapało się nawet do wstępniaka w miesięczniku wydawanym przez samorząd gminny.
Pół żartem, pół serio uznaliśmy,że duch staruszki - poprzedniej właścicielki czegoś chyba od nas chce:) W Rębiszowie na cmentarzu odszukaliśmy jej grób i zapaliliśmy znicz - ot, tak na wszelki wypadek ;)
 Zapomniałam dodać we wcześniejszym wpisie, że fachowcy, po zrobieniu odwodnienia, zrobili nam podłogę w kuchni, tzn. izolację i wylewkę.
Tak wyglądał nasz dom po ataku kasztanowca: